niedziela, 14 kwietnia 2013

Rozdział I cz.2


   Niezwykłe wparowanie piątki tajemniczych gości, zbiło z tropu wszystkich obecnych na dziedzińcu. Nie tylko dlatego, że nieznajomi nie przeszli rutynowej kwarantanny, która miała uchronić resztę ludzi przed możliwą radiacją, a był to wręcz skrupulatnie przestrzegany obowiązek każdego kto przychodził z powierzchni,  ale również ich niespotykany od wielu lat ubiór. Każdy Stalker, nie ważne czy przydzielony do zwykłych patroli, czy też na krótki zwiad za mury, posiadał dokładnie taki sam skafander i maskę jak jego pozostali towarzysze broni. Zielone wyblakłem uniformy przeciwradiacyjne, zdecydowanie za duże na większość wybierających się na powierzchnie żołnierzy.  Znakiem charakterystycznym był jedynie stalowy, podzielony na segmenty pas z mosiężną klamrą w kształcie znaku Asasynów nowego świata, do którego najczęściej były poprzypinane zapasowe filtry i broń podręczna, jak również znany w całym Masjafie mechanizm gazowy na lewej ręce, zastępujący dawne ukryte ostrze. Maski typu słoń z czarnej gumy, sprawiły również, że każdy z członków bractwa zdążył przyzwyczaić się do wyglądu Stalkerów, a oni sami zaczęli myśleć o skafandrach, jak o nierozłącznej części ich życia. Jednakże piątka obcych ukazywała wręcz zupełnie odmienny wygląd. Skafandry oczywiście były poszarpane tu i ówdzie, nie sposób zaprzeczyć, lecz utrzymywały fason noszącego go Stalkera i dostojny wygląd. Kaptur zarzucony na maskę, z wyszytym na czubku, przypominającym jakieś mityczne, skrzydlate bóstwo znakiem z tego samego materiału dawał pewność, że Stalkerzy należą do bractwa. Skafandry nie powiewały na wietrze, a sprawiały wrażenie jakby  były szyte na miarę. Można byłoby przypuścić, że pochodziły z nie lada wyśmienitego, oddychającego materiału. Kolorystyka również była niecodzienna, gdyż zamiast koloru zielonego, ukazywała białe barwy, z domieszką krwisto-czerwonych elementów, a całość niewiarygodnie przypominała szaty jakie nosili Asasyni za czasów świetności zakonu. Był to niezwykle cenny atut przy wyprawach na daleki wschód, gdzie miasta i ich pobrzeża rzeczywiście skąpane były w wałach białego śniegu, co w połączeniu dawało znakomity kamuflaż przed wrogimi istotami.  Smoliste maski natomiast nie były podłączone do niewygodnej , gumowej rury jak w przypadku „słonia”. Posiadały przytwierdzone na stałe dwa czerwone filtry, po lewej i prawej stronie, a każdy był oznakowany dziwny, nie zrozumiałym symbolem. Plusem było również to, że zamiast prowizorycznych denek od butelek jak w klasycznych maskach, dysponowały szerokim wizjerem z twardego, nie parującego szkła. Jastrieb próbował przyjrzeć się dokładnie sprzętowi, który każdy z nich był niemalże obładowany jednak grupa zdążyła już dumnym krokiem przejść przez dziedziniec, odprowadzona przez wartowników i  wprowadzona bez żadnych problemów za drzwi na końcu placu, które prowadziły do osobistych komnat Mentora, przywódcy tej małej, upadłej koloni skrytobójców. Trzask drzwi i dźwięk ryglowania wybudził z transu większość przebywających w owym miejscu ludzi, którzy od razu zaczęli prowadzić ożywione dyskusje na temat dziwnego pojawienia się , najwidoczniej proszonych już od dawna gości. Wszyscy dyskutowali na ten temat…wszyscy z wyjątkiem Jastrieba, który przez kilka sekund stał nieruchomo wpatrując się w hermetyczną zaporę „Masjafu 2”. Iwan  zdążył zauważyć tę nagłą zmianę nastroju przyjaciela, więc nie pozostawał obojętną duszą i postanowił przywrócić Jastrieba do życia.
- A to ci heca ! Kogoś mi ci wypindrzeni lalusie przypominają, tylko za kałacha nie mogę sobie przypomnieć kogo – Powiedział zamyślony Wańka w drodze do kotła, z którego unosił się przyjemny zapach kaszy gryczanej, z dodatkiem wszystkim dobrze znanego szczurzego mięsa.
- Anioły – Wyszeptał  Jastrieb podchodzący do długiej kolejki ciągnącej do aromatycznego  jedzenia
Nazwa „Anioły” dla większości członków zakonu nie była obojętna i trudno było o niej, od tak sobie zapomnieć. W końcu tak właśnie zwano wyspecjalizowany odział, „Stalkerów idealnych” . Szkolono ich w odosobnieniu, w przeciwieństwie do reszty młodych adeptów jak Jastrieb czy Iwan. Szkolenie, które odbywali pod czujnym okiem Mentora zakonu Asasynów, miało na celu stworzenie oddziału idealnego, zdolnego do długodystansowych zwiadów, aż za Granicę dawnej Polski, którzy mogli by przedostać się do jednej z siedzib głównych w Moskwie Centralnej i rozbić w proch ich główne zapasy amunicji, które były tam produkowane.  Był to nie łatwy orzech do zgryzienia, więc zazwyczaj gdy człowiek,  jako przykładowo dziesięcioletni malec widział gdy wychodzili na zwiad, mógł ich dojrzeć dopiero w wieku osiągnięcia pełnoletniości, lub w ogóle, w zależności od powodzenia misji. Był również dodatkowy cel, który utajniono z niewiadomego powodu w całym bractwie i nawet rada najwyższa, doradzająca Mentorowi nie wiedziała, w jakim celu jeszcze ich wysyłał.
- Aaa no właśnie, ta jednostka specjalna zakonu, no nie ? ! Pamiętam jak za dzieciaka udawało się jednego z nich. Stare dobre czasy, chociaż zazwyczaj ja grałem rolę sztywnego…cóż za ironia no nie Jastri ? Moskiewski Sztywniaczku –Roześmiał się Wania i z rozmarzonymi, czarnymi oczyma przypomniał sobie dawne czasy. Dobrze pamiętał każdy szczegół z ciężkiego, lecz mającego swe uroki dzieciństwa. To co zapamiętaj jednak najlepiej były przede wszystkim liczne wizyty w dziale szpitalnym, od nadmiernego wczucia się w rolę owego Anioła – Ej, a no właśnie, czy przypadkiem twój ojciec nie był jednym z… - Wańka nie dokończył wypowiedzi widząc wyraz twarzy Jastrieba, która nie była w tym momencie zbyt sympatyczna względem przyjaciela.
- Nigdy nie wiesz, kiedy przymknąć jadaczkę, co nie ? Chociaż raz mógłbyś spoważnieć Wanieczka. Mówię ci, kiedyś Jastrieb nie zawaha się  podciąć ci lekko struny głosowe, żebyś nie mógł pisnąć, przez kolejne kilka miesięcy – odezwał się kobiecy głos za nimi, w którym dało się wyczuć nutkę rozbawienia.
Mężczyźni odwrócili głowy , zaskoczeni nagłym pojawieniem się znajomego głosu za sobą. Skóra Jastrieba, w tym momencie przybrała w okolicach policzków nienaturalnie różową barwę, gdy dojrzał przed sobą szare oczy kobiety uśmiechającej się w jego stronę. To nagłe pojawienie się rumieńców nie uszło uwadze Wani, który odwrócił się w przeciwnym kierunku, nie mogąc już powstrzymać poważnej miny.
- Jak nie przestaniesz chichotać Iwan, to sama będę musiała ci te struny podciąć, bo coś za bardzo je ostatnio nadużywasz, a chyba  zapomniałeś już, że od 20 lat masz do czynienia z wykwalifikowaną panią chirurg – powiedziała poważnym i dumnym tonem Sasza zmieniając wyraz twarzy z przyjemnego, na wręcz przerażający – Pamiętaj, że zwłaszcza teraz znieczulenie jest na wagę złota, więc musiałabym być wręcz zmuszona do obejścia się bez cennego, łagodzącego ból płynu.
Sasza od dwójki przyjaciół była starsza zaledwie o dwa lata. Zawsze wyróżniała się na tle innych Asasynów i Asaysnek  z bractwa nie bagatelnymi zdolnościami medycznymi, których to nauczyła ją jej świętej pamięci matka. Chociaż potrafiła i potrafi nadal bez żadnych skrupułów uciąć nogę towarzysza bez podania znieczulenia, od zawsze była niezwykle delikatna i uczuciowa. Miała wrodzone umiejętności lekarskie i instynkt, który śmiało można było nazwać szóstym zmysłem, dzięki, któremu zawsze wiedziała gdzie nakłuć, wyciąć czy też uciąć by zmniejszyć ból operowanej osoby. Ta praca nigdy nie wiązała się z łatwym życiem w ciepłym pomieszczeniu, gdyż świat w jakim teraz żyli nie dawał taryf ulgowych rannym Stalkerom, których napadało coraz to nowe, zmutowane stworzenie, czy też roślina. Pomimo skrupulatnych zabezpieczeń terenu, zawsze jakieś świńsko potrafiło się prześlizgnąć. Sasza prezentowała się jako drobna osóbka, z zawsze rozczochranymi, ciemnymi włosami, z umorusaną twarzyczką i z nałożonym niedbale wymiętym kitlem lekarskim.  Może właśnie dzięki jej osobowości i uroku zawsze wzbudzała w każdym człowieku uczucie sympatii.  Jeśli chodziło o Jastrieba uczucie sympatii do Saszy było pojęciem względnym. Chłopak przez te wszystkie lata odkąd się znali, nigdy nie potrafił zachować przy niej trzeźwości umysłu. Wszyscy w Masjafie 2 wiedzieli, że się w niej podkochiwał, nawet sama Sasza coś podejrzewała, jednak potrafiła to skrzętnie ukryć i nie zdradzała, że coś wie na ten temat.
- Śmiem twierdzić, iż moje struny mają się dobrze i nie jest im potrzebna żadna operacja, ale dziękuję za troskę – Wańka przybrał poważną minę , po czym puścił oko do Saszy
Jastrieb w tym czasie, starając się ukryć rumieńce na twarzy podbiegł szybko w kierunku kotła, nabrał trzy solidne porcje kaszy na plastikowe talerzyki. Dlaczego ona zawsze musi pojawiać się tak znikąd – przeszło przez myśl Jastriebowi. Wręczył każdemu z przyjaciół po jednej porcji, po czym zaczął wpatrywać się w swoją, w której jakby coś się poruszało. Sasza i Wańka wzięli je, również patrząc niechętnie na odstające tu i ówdzie elementy mięsa, które jak się zdawało nie powinny znajdować się w jedzeniu spożywam przez nienapromieniowanego człowieka. Jastrieb postanowił odłożyć na bok, nieprzyjemne przemyślenia na temat „Aniołów”i nie martwić tym samym swoich towarzyszy, a na jego ustach ponownie pojawił się niewyraźny, lecz szczery uśmiech.
- Wuj opowiadał mi, że coś podobnego dawali w dawnych jadłodajniach sprzed wybuchu. Podobno zwali to Mcdonaldem- Roześmiał się Jastrieb, a dwójka przyjaciół zaczęła mu wtórować – Lepiej usiądźmy przy ognisku, jest ktoś z kim chciałbym niedługo uciąć sobie małą pogawędkę.

2 komentarze:

  1. Mentorze - teraz to już musisz się postarać jak najszybciej napisać kolejną część, bo mnie będzie skręcało. Masz talent, nie zmarnuj go ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cały czas, monitoruje i strone Polskich Asasynów jak i Jastrieba Wschodu. Musze powiedzieć że cała twoja działalność jest zajebista :D Czekam na następne powieści, nie ukrywam że przydało by się też kilka fan art-ów. Może w przyszłości dokładny opis ukrytego ostrza pszyszłości, lub jakś grafika pokazująca "Anioły"?

    OdpowiedzUsuń