niedziela, 14 kwietnia 2013

Rozdział I cz.2


   Niezwykłe wparowanie piątki tajemniczych gości, zbiło z tropu wszystkich obecnych na dziedzińcu. Nie tylko dlatego, że nieznajomi nie przeszli rutynowej kwarantanny, która miała uchronić resztę ludzi przed możliwą radiacją, a był to wręcz skrupulatnie przestrzegany obowiązek każdego kto przychodził z powierzchni,  ale również ich niespotykany od wielu lat ubiór. Każdy Stalker, nie ważne czy przydzielony do zwykłych patroli, czy też na krótki zwiad za mury, posiadał dokładnie taki sam skafander i maskę jak jego pozostali towarzysze broni. Zielone wyblakłem uniformy przeciwradiacyjne, zdecydowanie za duże na większość wybierających się na powierzchnie żołnierzy.  Znakiem charakterystycznym był jedynie stalowy, podzielony na segmenty pas z mosiężną klamrą w kształcie znaku Asasynów nowego świata, do którego najczęściej były poprzypinane zapasowe filtry i broń podręczna, jak również znany w całym Masjafie mechanizm gazowy na lewej ręce, zastępujący dawne ukryte ostrze. Maski typu słoń z czarnej gumy, sprawiły również, że każdy z członków bractwa zdążył przyzwyczaić się do wyglądu Stalkerów, a oni sami zaczęli myśleć o skafandrach, jak o nierozłącznej części ich życia. Jednakże piątka obcych ukazywała wręcz zupełnie odmienny wygląd. Skafandry oczywiście były poszarpane tu i ówdzie, nie sposób zaprzeczyć, lecz utrzymywały fason noszącego go Stalkera i dostojny wygląd. Kaptur zarzucony na maskę, z wyszytym na czubku, przypominającym jakieś mityczne, skrzydlate bóstwo znakiem z tego samego materiału dawał pewność, że Stalkerzy należą do bractwa. Skafandry nie powiewały na wietrze, a sprawiały wrażenie jakby  były szyte na miarę. Można byłoby przypuścić, że pochodziły z nie lada wyśmienitego, oddychającego materiału. Kolorystyka również była niecodzienna, gdyż zamiast koloru zielonego, ukazywała białe barwy, z domieszką krwisto-czerwonych elementów, a całość niewiarygodnie przypominała szaty jakie nosili Asasyni za czasów świetności zakonu. Był to niezwykle cenny atut przy wyprawach na daleki wschód, gdzie miasta i ich pobrzeża rzeczywiście skąpane były w wałach białego śniegu, co w połączeniu dawało znakomity kamuflaż przed wrogimi istotami.  Smoliste maski natomiast nie były podłączone do niewygodnej , gumowej rury jak w przypadku „słonia”. Posiadały przytwierdzone na stałe dwa czerwone filtry, po lewej i prawej stronie, a każdy był oznakowany dziwny, nie zrozumiałym symbolem. Plusem było również to, że zamiast prowizorycznych denek od butelek jak w klasycznych maskach, dysponowały szerokim wizjerem z twardego, nie parującego szkła. Jastrieb próbował przyjrzeć się dokładnie sprzętowi, który każdy z nich był niemalże obładowany jednak grupa zdążyła już dumnym krokiem przejść przez dziedziniec, odprowadzona przez wartowników i  wprowadzona bez żadnych problemów za drzwi na końcu placu, które prowadziły do osobistych komnat Mentora, przywódcy tej małej, upadłej koloni skrytobójców. Trzask drzwi i dźwięk ryglowania wybudził z transu większość przebywających w owym miejscu ludzi, którzy od razu zaczęli prowadzić ożywione dyskusje na temat dziwnego pojawienia się , najwidoczniej proszonych już od dawna gości. Wszyscy dyskutowali na ten temat…wszyscy z wyjątkiem Jastrieba, który przez kilka sekund stał nieruchomo wpatrując się w hermetyczną zaporę „Masjafu 2”. Iwan  zdążył zauważyć tę nagłą zmianę nastroju przyjaciela, więc nie pozostawał obojętną duszą i postanowił przywrócić Jastrieba do życia.
- A to ci heca ! Kogoś mi ci wypindrzeni lalusie przypominają, tylko za kałacha nie mogę sobie przypomnieć kogo – Powiedział zamyślony Wańka w drodze do kotła, z którego unosił się przyjemny zapach kaszy gryczanej, z dodatkiem wszystkim dobrze znanego szczurzego mięsa.
- Anioły – Wyszeptał  Jastrieb podchodzący do długiej kolejki ciągnącej do aromatycznego  jedzenia
Nazwa „Anioły” dla większości członków zakonu nie była obojętna i trudno było o niej, od tak sobie zapomnieć. W końcu tak właśnie zwano wyspecjalizowany odział, „Stalkerów idealnych” . Szkolono ich w odosobnieniu, w przeciwieństwie do reszty młodych adeptów jak Jastrieb czy Iwan. Szkolenie, które odbywali pod czujnym okiem Mentora zakonu Asasynów, miało na celu stworzenie oddziału idealnego, zdolnego do długodystansowych zwiadów, aż za Granicę dawnej Polski, którzy mogli by przedostać się do jednej z siedzib głównych w Moskwie Centralnej i rozbić w proch ich główne zapasy amunicji, które były tam produkowane.  Był to nie łatwy orzech do zgryzienia, więc zazwyczaj gdy człowiek,  jako przykładowo dziesięcioletni malec widział gdy wychodzili na zwiad, mógł ich dojrzeć dopiero w wieku osiągnięcia pełnoletniości, lub w ogóle, w zależności od powodzenia misji. Był również dodatkowy cel, który utajniono z niewiadomego powodu w całym bractwie i nawet rada najwyższa, doradzająca Mentorowi nie wiedziała, w jakim celu jeszcze ich wysyłał.
- Aaa no właśnie, ta jednostka specjalna zakonu, no nie ? ! Pamiętam jak za dzieciaka udawało się jednego z nich. Stare dobre czasy, chociaż zazwyczaj ja grałem rolę sztywnego…cóż za ironia no nie Jastri ? Moskiewski Sztywniaczku –Roześmiał się Wania i z rozmarzonymi, czarnymi oczyma przypomniał sobie dawne czasy. Dobrze pamiętał każdy szczegół z ciężkiego, lecz mającego swe uroki dzieciństwa. To co zapamiętaj jednak najlepiej były przede wszystkim liczne wizyty w dziale szpitalnym, od nadmiernego wczucia się w rolę owego Anioła – Ej, a no właśnie, czy przypadkiem twój ojciec nie był jednym z… - Wańka nie dokończył wypowiedzi widząc wyraz twarzy Jastrieba, która nie była w tym momencie zbyt sympatyczna względem przyjaciela.
- Nigdy nie wiesz, kiedy przymknąć jadaczkę, co nie ? Chociaż raz mógłbyś spoważnieć Wanieczka. Mówię ci, kiedyś Jastrieb nie zawaha się  podciąć ci lekko struny głosowe, żebyś nie mógł pisnąć, przez kolejne kilka miesięcy – odezwał się kobiecy głos za nimi, w którym dało się wyczuć nutkę rozbawienia.
Mężczyźni odwrócili głowy , zaskoczeni nagłym pojawieniem się znajomego głosu za sobą. Skóra Jastrieba, w tym momencie przybrała w okolicach policzków nienaturalnie różową barwę, gdy dojrzał przed sobą szare oczy kobiety uśmiechającej się w jego stronę. To nagłe pojawienie się rumieńców nie uszło uwadze Wani, który odwrócił się w przeciwnym kierunku, nie mogąc już powstrzymać poważnej miny.
- Jak nie przestaniesz chichotać Iwan, to sama będę musiała ci te struny podciąć, bo coś za bardzo je ostatnio nadużywasz, a chyba  zapomniałeś już, że od 20 lat masz do czynienia z wykwalifikowaną panią chirurg – powiedziała poważnym i dumnym tonem Sasza zmieniając wyraz twarzy z przyjemnego, na wręcz przerażający – Pamiętaj, że zwłaszcza teraz znieczulenie jest na wagę złota, więc musiałabym być wręcz zmuszona do obejścia się bez cennego, łagodzącego ból płynu.
Sasza od dwójki przyjaciół była starsza zaledwie o dwa lata. Zawsze wyróżniała się na tle innych Asasynów i Asaysnek  z bractwa nie bagatelnymi zdolnościami medycznymi, których to nauczyła ją jej świętej pamięci matka. Chociaż potrafiła i potrafi nadal bez żadnych skrupułów uciąć nogę towarzysza bez podania znieczulenia, od zawsze była niezwykle delikatna i uczuciowa. Miała wrodzone umiejętności lekarskie i instynkt, który śmiało można było nazwać szóstym zmysłem, dzięki, któremu zawsze wiedziała gdzie nakłuć, wyciąć czy też uciąć by zmniejszyć ból operowanej osoby. Ta praca nigdy nie wiązała się z łatwym życiem w ciepłym pomieszczeniu, gdyż świat w jakim teraz żyli nie dawał taryf ulgowych rannym Stalkerom, których napadało coraz to nowe, zmutowane stworzenie, czy też roślina. Pomimo skrupulatnych zabezpieczeń terenu, zawsze jakieś świńsko potrafiło się prześlizgnąć. Sasza prezentowała się jako drobna osóbka, z zawsze rozczochranymi, ciemnymi włosami, z umorusaną twarzyczką i z nałożonym niedbale wymiętym kitlem lekarskim.  Może właśnie dzięki jej osobowości i uroku zawsze wzbudzała w każdym człowieku uczucie sympatii.  Jeśli chodziło o Jastrieba uczucie sympatii do Saszy było pojęciem względnym. Chłopak przez te wszystkie lata odkąd się znali, nigdy nie potrafił zachować przy niej trzeźwości umysłu. Wszyscy w Masjafie 2 wiedzieli, że się w niej podkochiwał, nawet sama Sasza coś podejrzewała, jednak potrafiła to skrzętnie ukryć i nie zdradzała, że coś wie na ten temat.
- Śmiem twierdzić, iż moje struny mają się dobrze i nie jest im potrzebna żadna operacja, ale dziękuję za troskę – Wańka przybrał poważną minę , po czym puścił oko do Saszy
Jastrieb w tym czasie, starając się ukryć rumieńce na twarzy podbiegł szybko w kierunku kotła, nabrał trzy solidne porcje kaszy na plastikowe talerzyki. Dlaczego ona zawsze musi pojawiać się tak znikąd – przeszło przez myśl Jastriebowi. Wręczył każdemu z przyjaciół po jednej porcji, po czym zaczął wpatrywać się w swoją, w której jakby coś się poruszało. Sasza i Wańka wzięli je, również patrząc niechętnie na odstające tu i ówdzie elementy mięsa, które jak się zdawało nie powinny znajdować się w jedzeniu spożywam przez nienapromieniowanego człowieka. Jastrieb postanowił odłożyć na bok, nieprzyjemne przemyślenia na temat „Aniołów”i nie martwić tym samym swoich towarzyszy, a na jego ustach ponownie pojawił się niewyraźny, lecz szczery uśmiech.
- Wuj opowiadał mi, że coś podobnego dawali w dawnych jadłodajniach sprzed wybuchu. Podobno zwali to Mcdonaldem- Roześmiał się Jastrieb, a dwójka przyjaciół zaczęła mu wtórować – Lepiej usiądźmy przy ognisku, jest ktoś z kim chciałbym niedługo uciąć sobie małą pogawędkę.

środa, 30 stycznia 2013

Rozdział 1 Cz. I

"Nowy początek końca"


Jastrieb  weź no się przyłóż, jeszcze raz !
Mężczyzna w średnim wieku o krótkich, blond włosach wykrzykiwał komendy raz za razem, osłaniając się przed coraz szybszymi i mocniejszymi ciosami wątłego chłopaczka o rzadkich brunatnych włosach i wyraźnie Rosyjskich rysach twarzy, który atakował z naprzeciwka.  Jastrieb ten dzień z pewnością nie zaliczyłby do najlepszych w swoim wyblakłym życiu. Na każdym kroku, gdziekolwiek by nie był, tego dnia siał niepotrzebnie masę kłopotów.  Przez strugi potu lejące się strumieniami po twarzy przebiła się ledwie, a wręcz niedostrzegalnie maleńka łza. Jak każdy człowiek na jego miejscu,  był zły na samego siebie, za swoje własne, głupie błędy.
- Najpierw wylałem potrawkę w dziale kuchennym – Wycedził przez zęby ostrym basem w stronę przeciwnika, uderzając go szybkim i bezpośrednim prawym sierpowym, trafiając na osłaniającą twarz rękę – Potem po raz kolejny spieprzyłem cholernego Diesla w sektorze mieszkalnym -  wyrzucił z siebie chłopaczyna uderzając tym razem rękę mężczyzny lewym prostym. Mięśnie niemiłosiernie  sprawiały ból od nadmiernego wysiłku.
- A dodatkowo, po raz kolejny spaliłeś się przy Saszy – Dodał przeciwnik Jastrieba, niezauważalnie puszczając do niego oko.
Oczy chłopaka gwałtownie się rozszerzyły. Niczym wilczyca by chronić swoje małe, tak Jastrieb był w gotowości by wręcz zabić mężczyznę. Najwyraźniej ostatnie słowa były punktem zapalnym jego żalu, który trzymał w sobie przez cały dzień . Z całych sił przezwyciężył chęć odpoczynku i wręcz niezauważalnie skierował cios zabandażowaną i krwawiącą ręką w centralny punkt klatki piersiowej, osłonięty jedynie wytartym, białym podkoszulkiem. Niewyobrażalna siła z jaką Jastrieb odepchnął mężczyznę zadziwiła nawet i jego samego.  Mężczyzna upadł na kamienną i zimną posadzkę obszernej Sali treningowej. Powalony facet przez kilka sekund wgapiał się w Jastrieba oniemiałym wzrokiem trzymając się za rzadką Jasną brodę, po czym w jednej sekundzie sala została wypełniona echem jego serdecznego śmiechu.
- I czego się tak ryjesz Wańka, jeśli łaska spytać ? – Zapytał Jastrieb, z trudem utrzymując poważny wyraz twarzy – Poza tym zobaczysz, że jutro po nominacji na Stalkera umówię się z nią – Dodał wypinając przy tym  dumnie gołą klatkę piersiową.
Jastrieb i Wańka byli przyjaciółmi od niepamiętnych czasów. Oboje wychowywali się bez rodziców, czy jakichkolwiek krewnych. Zawsze mogli na sobie polegać w trudnych chwilach, którymi była na przykład jawna dyskryminacja w ich stronę. Nawet w zakonie Asasynów to się zdarza, choć to przeważnie rówieśnicy naigrywali się z ich odmienności, jaką było Rosyjskie pochodzenie, które w nowej erze nie było żadnym prestiżem, przezywając ich „Moskiewskie Sztywniaki”, gdyż jak było wiadomo, Moskwa wciąż pozostawała pod całkowitym panowaniem Zombie. Jednak teraz obaj mężczyźni mieli po osiemnaście lat, wydorośleli i nie obchodziło ich to co myśleli inni. Byli najlepsi w kunszcie Asasyńskim ze swojego rocznika i to dawało im przewagę nad pozostałymi adeptami.
- Jasne, jasne Jastri. Prędzej się umówisz ze sztywnym na przechadzkę po dystrykcie Oliwskim niż zagadasz do Saszki – Stwierdził rozbrajająco Wania i szeroko wyszczerzył lekko spróchniałe zęby, wyciągając przy tym masywną rękę.
Jastrieba przeszedł dreszcz słysząc słowa „Dystrykt Oliwski”. Wiele mówiło się o tym miejscu i to zazwyczaj nie były miłe rzeczy. Niektórzy nawet twierdzili, że przy wspólnych opowieściach Stalkerów wszyscy co do joty wymiotowali, po opisaniu przerażających rzeczy jakie się tam działy. Podobno była placówka muzealna wciąż trzymała się twardo i nie dała się obalić potężnemu wybuchowi, jaki spustoszył na zawsze powojenny świat. Został z niej co prawda ponury szkielet metalowej konstrukcji, ale już nie pełnił roli muzeum…to było legowisko, czegoś co porywało w grupie samotnie wyruszających na patrol stalkerów, pozostawiając jedynie wyczyszczone do czysta kombinezony ochronne. Pieprzone francuskie pieski – Przeszło przez myśl Jastriebowi.  Cóż z plotek wynikało więc, że nie tylko Templariusze są najpaskudniejszymi kreaturami w nowym świecie, a to co tam żyje z pewnością nie należy już do ekosystemu sprzed wybuchu.
Jastrieb nie podniósł Wani do pionu. Rzucił mu zgniecioną butelkę zmętniałej i lekko zielonkawej wody, po czym przysiadł centralnie na środku podłogi, obok przyjaciela. Nikt nie chciał przerwać przyjemnej i błogiej ciszy. Pomimo nieszczęść owego dnia, chłopcy byli szczęśliwi bo właśnie zakończyli ostatni trening przed przystąpieniem do oddziału nowej grupy Stalkerów-Asasynów. Mieli nazajutrz wyprawić się w swoje pierwszą misję poza granice ich powierzchnego dystryktu. W końcu ciszę ciągnącą się w nieskończoność niespodziewanie przerwał cichy dźwięk, który Jastrieb i Wania usłyszeli w tym samym momencie.
- Ty też to słyszałeś ? –  zapytał podekscytowany Jastrieb. Wiedział, że ten dźwięk może oznaczać tylko jedno.
- Tak, najwyraźniej ktoś otworzył pierwszą Hermetyczną zaporę lądu ! – Uradowany Wania wstał szybkim ruchem, nałożył wymiętą Wojskową koszulę, ani trochę nie pasującą do wyblakłych spodni moro z zupełnie innego kompletu, poczym ruszył w stronę uchylonych drzwi Sali. Jastrieb zakłopotany swoim ospałym refleksem ruszył za rosłym mężczyzną. Obje wyskoczyli na dziedziniec Masjafu 2, jedynego ocalałego jak i pokaźnych rozmiarów bunkra sprzed drugiej Wojny Światowej. Nazwa wzięła się nie bez przypadku, ponieważ nosiła dumne imię pierwszej twierdzy Asasynów pochodzących z Syrii, która była wręcz nie do zdobycia pomimo, że wielu (w tym Templariusze) chciało przejąć niezłomny zamek. Nazwa nadana przez starszyznę miała nie tylko podkreślić wyniosłość schronu, ale także zaznaczyć symboliczne znaczenie Masjafu. Jastrieb i Wania wyskoczyli przez drzwi wejściowe. Zastali dziedziniec takim jaki był odkąd tylko pamiętali, tutaj nic się nie zmieniało. Jak co dzień na środku wesoło tańczyły ogniki wśród ogromnego stosu drew. Wokół tego niezwykłego ogniska zawsze siedziały znajome chłopakom od dzieciństwa twarze. Roześmiani ludzie w przeróżnym wieku wciąż potrafili cieszyć się z życia, chociaż nie było ono już takie jak przed katastrofą. Przylegające do odrapanych szarych ścian drewniane stoiska, w środku których znajdowały się po dwa ogromne kotły wypuszczające przyjemnie miłą parę, pełną smakowitych zapachów chętnie zapraszało długie kolejki kobiet, dzieci i mężczyzn w równie przeróżnym wieku. Któreś z maluchów oderwane od trzymającej ręki matki wesoło zaczepiało stojącego w kolejce mężczyznę, ubranego w schludny wojskowy mundur. Urwis ciągnął go za nogawkę kilka razy  zanim facet spojrzał w dół. Widząc małego chłopczyka wyciągnął z kieszeni matowy nabój od „parabellum” i podał go dziecku. Oniemiały z wrażenia chłopiec podskoczył radośnie , ledwie schował nabój w malutką piąstkę i wrócił do mamy pokazując jej swój skarb. Gdzieniegdzie  jeszcze można było dojrzeć, że po kątach szamotało się kilka par wykorzystujących zamieszanie i obściskujące się bez reszty. Jastrieba taki widok zawsze napawał otuchą. Wszyscy ty dla niego byli jak rodzina. Nagle przyjemny obrazek został rozwiany przez kolejne skrzypiące odgłosy. Nagle jak makiem zasiał wszystko ucichło.  Ogromna hermetyczna zapora główna z wysiłkiem i nieznośnie wydała z siebie zgrzytliwe piski. Nikt nie miał zamiaru się odzywać, nawet wesoło rozgadana grupka przy ognisku zmieniła wyrazy twarzy i sposępniała. Pary w kątach również zastygły w swoich niemoralnych pozach. Napięcie w powietrzu gęstniało z każdą sekundą. Wróg czy przyjaciel ? Dobre czy złe nowiny ? A może wszystko naraz ? Wszyscy z niecierpliwością czekali na dalszy rozwój wydarzeń. Mechanizm zapory zaczął  po mało i ociężale pracować, poczym skrzypienie zawiasów osiągnęło zenitu. Zapora zaczęła się powoli przesuwać do środka. Pięciu rosłych mężczyzn z trudem popychało tytanowe drzwi Masjafu przez, które szybkim krokiem wyskoczyło trzech kuśtykających Stalkerów.  Jastriebowi serce podeszło do  gardła, bo nie widział takich strojów od ponad roku.
- Tata – wyszeptał niesłyszalnie chłopiec, zaciskając niespokojnie pięść.

czwartek, 24 stycznia 2013

FanArt Jastrieb Wschodu :)

Jak już wiecie z ostatnich dni, do mojej Powieści o Post Asasynach, której I rozdział pojawi się w poniedziałek dałem zaledwie prolog, a już zdobyłem pokaźną rzeszę zwolenników ;) Tutaj mamy idealny tego przykład. Jedna z Asasynek Marta Namysło postanowiła być kreatywna do takiego stopnia, że specjalnie dla Mentora stworzyła ten oto FanArt, przedstawiający koniec Prologu z Krysą na czele !! :> Jestem wręcz uradowany, że ktoś tak zdolny stworzył tę scenę jakby wyrwaną z mojej głowy ! O ile się zgodzi w być może następnym tygodniu ubłagam ją o postać Jastrieba ;)

sobota, 19 stycznia 2013

"Jastrieb Wschodu"

                                                    PROLOG

  Przez bezkresne połacie syberyjskiego śniegu szybkim krokiem podążał wysoki mężczyzna opatulony grubym niedźwiedzim futrem i z nałożonym na głowę miękkim szarym kapturem, przykrywającym częściowo zmarzniętą od zimna, czerwoną twarz. Płatki śniegu niczym tysiące brzytew ostro kuły go po skórze, jednak on na to nawet nie zwracał uwagi. Muszę tam dotrzeć jak najszybciej, muszę ! – Powtarzał sobie w myślach mężczyzna. Po długich godzinach marszu wreszcie doszedł do końca swojej wędrówki. Ogromna żelazna brama dziedzińca rozpościerała się przed nim dumny i surowym wyglądem.

Najwyższa pora, by wszystko dobiegło końca-  Odezwał się sam do siebie wypuszczając przy tym przez usta obłoczki delikatnej pary. Podbiegł do bramy, nie zważając nawet na strażników, przypatrujących mu się, już od kilku minut. Mężczyzna jedynie musnął palcami krawędź bramy, a już został położony jednym szybkim ruchem na ziemię. Ze złością łypną na jednego ze stojących przy bramie strażników.
- Możesz mi dziadziusiu wyjaśnić dokąd ci tak śpieszno, hmmm ? – Dopytywał się ciemnoskóry strażnik, który przy każdym wypowiedzianym słowie pluł śliną na wszystkie strony
- Chłopcze, nie radziłbym się takim tonem odzywać do mistrza zakonu Templariuszy, dla których chyba pracujesz ! – Wrzasnął mężczyzna i zdejmując kaptur ukazał swą twarz
Pomimo tego, że strażnik był czarny, widząc staruszka pobladł na twarzy do takiego stopnia, że wydawać  się mogło iż  całkowicie zlał się ze śnieżno-białym otoczeniem. Chciał już podać rękę mężczyźnie, ten jednak odsunął dłoń na bok i sam spróbował się podnieść
- Rozumiem, że wykonujesz tylko swoją pracę, jednak zważ następnym razem , że nie każdy idący marszem do bramy człowiek to pieprzony Asasyn, zrozumiano ? – Uśmiechnął się staruszek i puścił do strażnika oko.
- Tttak jest Mistrzu Borsia ! – Chłopak wyprostował się i zasalutował, a jego oniemiały z zaistniałego wydarzeniu kolega mu wtórował.
Borsia popchnął ciężką żeliwną bramę i nie zwlekając, czym prędzej udał się do masywnego budynku z ponuro obdartymi ścianami. W progu wejścia stał zgarbiony i chudy człowieczek z łysiejącą czupryną i wielkimi okularami niczym denka od butelek ubrany jedynie w kitel laboratoryjny. Skrzywione palce zaczęły się niebywale trząść gdy szczurowaty mężczyzna dojrzał przez śnieżycę ciemną postać. Od razu nerwowo się poruszył w kierunku tytanowych drzwi wejściowych, wyszukując w kieszeni kitla pęczek kluczy. Sprawdzał każdy po kolei sapiąc i wydając jękliwe piski . W końcu klucze padły z łoskotem na ziemię. Szczurek spróbował schylić się w ich kierunku, jednak wyprzedziła go wielkich rozmiarów ręka podnosząca szybkim ruchem klucze oblepione śniegiem. Szczurek obejrzał się za siebie, poprawił spadające okulary i wnet dojrzał swojego pracodawcę
- Pppanie Borsia ! Jaaakże eeta prijazna pana wreszcie zzzobaczyć – Jąkając się powiedział piskliwym głosem Szczurowaty. Dało się u niego wyczuć mocny Rosyjski akcent – Kkak sie uudała podróż ? Wwwłaśnie ootwierałem ddrzwi i… - Urwał w pół zdania, dobierając odpowiednie słowa
- Spokojnie Krysa, wiesz, że nie mamy czasu, twoje twórcze pogawędki ze mną będą musiały poczekać. Robota nagli – Mówiąc to wybrał odpowiedni klucz z kółka i włożył go do zamka.
Potężny mechanizm zaczął pracować. Usłyszeć można było jak w środku grubych drzwi z pośpiechem pracuje masa kół zębatych. W końcu nastąpił ostatni trzask i drzwi przechyliły się ukazując wnętrze przestronnego holu.
- Zapraszam Doktorze, czekają na nas – Powiedział z uśmiechem na twarzy Borsia, przepuszczając przodem Krysę
Szczurek swoim pokracznym chodem pobiegł do końca jasno oświetlonego korytarza, a wraz z nim Templariusz.
Tym razem Krysa pozwolił sobie zapanować nad niekontrolowanymi napadami drgawek i przyłożył kościsty palec do czytnika linii papilarnych znajdujący się na środku masywnych drzwi. Obaj usłyszeli komputerowy głos mówiący z głośników „Dostup, Zdrastwuj Wracz Krysa”. Kolejne drzwi stały przed nimi otworem. Pomieszczenie było wręcz przeogromne. Przestrzeń porównywalna była do wnętrza ogromnego wulkanu, którego na dnie 5 podobnych do Krysy ludzi w kitlach biegało w Okół świecącego okrągłego przedmiotu. Boris domyślił się, że prace nad wyciągnięciem ekstraktu zwanego karbinem szły zgodnie z planem. Wszędzie można było dostrzec walające się po ziemi kable, podłączone do owego przedmiotu z jednej strony i do dziwnych maszyn stojących na Uboczu z drugiej. Na Samym końcu Rozpościerała się ogromna szyba, która najwyraźniej odgradzała dziwaczny pokój z pulpitem kontrolnym, od Centrum badawczego, w którym Borsia i Krysa się przed chwilą znaleźli.
- Pppan się ułuda do panna kkolegów, jjjjaa dokończczu eeksperyyyment – Mówiąc to Krysa podskakiwał i popychał na darmo masywnego Borsie
- Dobrze Kryska, tylko tym razem nic nie sknoć, rozumiemy się ? – Borisa pogroził palcem Szczurkowi, schylając się przy tym wpół.
- Jaaaassna Sppprawa, Mmmistrzuni, hihihihi – Odpowiedział Krysa na odchodne przegryzając nerwowo długie paznokcie
Oboje udali się na swoje stanowiska. Borsia wszedł do Szklanego pokoju. Zdjął płaszcz i powiesił na wieszaku w rogu.
- Witam Mistrzu Borsia, czy wszystko jest już gotowe ? – Pierwszy z trzech ludzi ubranych jednakowo  w czarne garnitury i czerwone krawaty siedzących przed pulpitem, wstał i podał dłoń Borsie
- Witam komisję spraw Abstergo – Przywitał wszystkich Borsia
Wolnym krokiem usiadł na pustym miejscu koło panelu i potwornie westchnął
- Mam nadzieję, że nie będzie żadnych niedogodności, prawda ? Nie chcielibyśmy, żeby powtórzyło się to samo co podczas wybuchu Tunguska, tym razem wszystko ma być prawidłowo – Odezwał się drugi mężczyzna, siedzący najbliżej Borsi
- Niech panowie się nie obawiają, Doktor Krysa to jeden z naszych najlepszych pracowników – Uśmiechnął się Borsia – Możemy już zaczynać ? Chciałbym mieć te formalności z głowy
- Proszę bardzo, wcale pana nie zatrzymujemy. Rozumiem tylko, że ta klapa na dole podłogi to nasz schron ? – Zapytał z ciekawością trzeci mężczyzna
- Oczywiście ! Proszę się tam udać od razu gdy zacznie się odliczanie – Odpowiedział Borsia włączając czerwony guzik na pulpicie pukając przy tym w mikrofon przed nim.
- Doktorku, możesz rozpocząć usuwanie karbinu na mó… -Borsia urwał słysząc przeraźliwy alarm. Pomieszczenie zaczęło jarzyć się w krwisto - czerwonych barwach. Z głośników, odezwał się jeden ze strażników „ Abstergo…patrol…zostaliśmy…zaatako…aaaaaaaaaaa” . Strażnik nie dokończył zdania, a zamiast słów wydobył z siebie tylko niezrozumiały buglot.
- Za późno cherlawi  Asasyni, mamy przewagę ! – Borsia wydarł się do mikrofonu słysząc jak najeźdźcy próbują wyważyć hermetyczną zaporę drzwi – Krysa działaj, nie mamy czasu na ceregiele!
Doktorek szybko podszedł do błyszczącego, okrągłego mechanizmu. Wyją z ręki pomocnika skalpel, musnął dłonią metalową warstwę jabłka edenu i wcisnął ledwie dostrzegalny Guziczek. Maszyny z tyłu zaczęły pracować, pełną prą. Urządzenie w mgnieniu oka utworzyło na czubku maleńką dziurkę , która wypuściła równie małą kulę światła. Doktor patrzył się na nią jak zaczarowany. Źrenice rozszerzyły się przez denka okularów,  urzeknięty wspaniałością przedmiotu, po czym jednym szybki ruchem przeciął kulkę na pól swoim skalpelem. Asasyni wywarzyli drzwi. Strażnicy wyskoczyli za nimi, po czym rozpętał się niewyobrażalny chaos. Przez dzikie wycie Alarmu nikt oprócz wbitego w fotel Borsii nie zauważył jak świetlista kula zaczęła powiększać swoje rozmiary. Dopiero gdy blask stał się wręcz oślepiający wszyscy stanęli jak wryci. Mężczyźni w Garniturach prędko zeszli do schronu, jednak nie Borsia. Szybko otworzył drzwi i krzyknął do Doktorka
- Krysa paszli ! Zginiesz tutaj !
- Nie…tto ttaie piękne…chcę ttu zostać – Wyszeptał powoli Krysa obracając w ręku małą strzykawkę z zielonym płynem
Borsia dojrzał te ruchy i uśmiechnął się sam do siebie – Pierdolony, sprytny Szczur – Pomyślał. Zamknął za sobą drzwi i na odchodne przycisnął usta do mikrofonu i rzekł – Niech Ojciec Zrozumienia prowadzi was ku zagłady, nadeszła nowa era bezmyślna sekto Asasynów.  Obrzucił ostatni raz pomieszczenie, z którego Asasyni starali się usilnie uciekać, jednak dla nich było za późno…dla całego świata było za późno. Borsia zszedł do schronu za nim światło objęło swoimi ramionami resztę pomieszczenia.

Na początek, czyli o Post Asasynach !

Witam serdecznie każdego Asasyna, który wstąpił na ten blog :) Zapewne większość z was pochodzi z mojego fanpejdża Polskiego Bractwa Asasynów https://www.facebook.com/JestesmyPolskimiAsasynami?ref=hl , ale jeśli uda mi się przykuć uwagę także osób spoza tej społeczności to znak, że moje starania nie idą wcale na marne. Pokrótce wyjaśnię na jakiej zasadzie ten blog będzie się opierać. Przede wszystkim założyłem go by móc w łatwy sposób przesyłać co tydzień lub dwa każdy rozdział mojej powieści Post-Apokaliptycznej, pierwszą na świecie opierającą się na Uniwersum wszystkim dobrze znanej gry Assassin's Creed. Akcja rozpoczyna się w 1955 roku, 10 lat po (Znanemu nam z Historii) zakończenia II Wojny Światowej. Ja chciałem przedstawić zupełnie nowy, odmienny i alternatywny świat, który powstał w wyniku powikłań kontaktu z  magicznym artefaktem "Fragmentem Edenu" z udziałem wrogiemu Asasynom Zakonu Templariuszy. Więcej niestety nie mogę zdradzić, jeśli chcecie zagłębić się w moja powieść bez reszty i zainteresować się tym wątkiem, zapraszam do codziennego odwiedzania mojego Bloga. Oprócz co tygodniowego (lub dwu) wstawiania kolejnych części rozdziałów, postaram się z czasem pisać o wielu ciekawostkach z mojego wymyślonego świata. Już dziś opublikuję prolog więc jeśli jesteś fanem serii AC, kochasz powieści Post- Apokaliptyczne i chciałbyś by to wszystko się ze sobą połączyło, czekaj codziennie na kolejne wpisy, tylko u mnie czyli samozwańczego Polskiego Asasyna :) Mam nadzieję, że tytułowy "Jastrieb Wschodu" zawładnie waszymi Sercami niczym Altair, Ezio, Connor czy też Nikolai :)
~Pokój i bezpieczeństwo~